wtorek, 15 stycznia 2013

magia przetrwania...

Niech szlag trafi Julię – Panią na włościach w odległej wsi. Niech szlag trafi jej metody terapeutyczne i pomysły rodem z psychoanalizy Freuda. 

Za karę dedykuję jej pesto z serem tylżyckim i ogromną łyżką miodu. Niebo w gębie. 

Bo makaron przetrwał jednak w stanie całkowicie jadalnym. Nie było w nim nawet odrobiny chęci życia własnym życiem. Wcale mu się nie dziwię. Chociaż ja w takiej temperaturze funkcjonuję już całkiem żwawo. Ot, magia przyzwyczajenia. Albo magia przetrwania.

Swoją drogą miasto mnie dziś zirytowało. Pierwszy raz w życiu wyjeżdżałam kolubryną na osiem. Zapewne dla zabawy, postanowiłam obrócić kolubrynę wokół własnej osi, poruszając się o pół metra do przodu i w tył i do przodu i w tył.

A powinnam była zdjąć tę parszywą hondę, co mnie zabarykadowała. Albo przynajmniej zaczepić zupełnie niechcący hakiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz