wierzgam...
Ziemniaki już kwitną, a choinka rdzewieje. Płoną lasy w kominku, płoną też moje wspomnienia kolejną ciemną nocą. Możliwe, że koty się wiosną okocą. Jeśli nie wszystko spłonie.
Lubię to życie, ma ono kolor, ma smak i sens. Nareszcie. Kiedyś tylko rozdrożami włóczyłam się. Kluczyłam, bez celu dreptałam kilometrami, tracąc siebie, tracąc czas. Nie było tam Ciebie. I nie było nas. Ale ja nie o tym.
Pogubiłam się w życiu wielokrotnie. Bo czasem kiedy jest źle, to spadam na dno z przeogromną mocą. Z prędkością światła, siłą dźwięku. Pomimo niewyczerpanego lęku. Ale też z tego samego powodu nie ufam już żadnemu z bogów.
Bo to ja byłam złem na dnie każdej złamanej duszy. I krwią przelaną za wasze grzechy. Byłam barankiem, płonącym krzewem, Kainem i Ablem. Byłam gwałtem, zbrodnią i niewybaczalną złością. Nie byłam tylko miłością.
Rozlewałam się żarem po ciele i otępiałam umysły. I kilkukrotnie postradałam zmysły. Nigdy tych słów nie wypowiem, ale czasem znowu się boję.
Dlatego wierzgam.
P.S. Lepiej się czyta z tym w tle. I can't destroy what isn't there:
https://music.youtube.com/watch?v=ON5PzI7PqPM&si=pzlcJZRjKo_A4Lp9
Komentarze
Prześlij komentarz