wtorek, 15 stycznia 2013

bez mrugnięcia okiem...

Uciekłam do miasta. Na dwa dni. I trochę źle mi z tym.

I nie mam czasu na nic, jestem totalnie zdezorganizowana i chyba czas się trochę ogarnąć? Ciekawe jak mi się to uda i czy mi się to uda w ogóle. Zagadka.

W wiejskiej posiadłości został za to na wierzchu całkiem dobry makaron, który po dwóch dniach mojej nieobecności, zobaczywszy mnie, zapewne krzyknie "mamo!". Szkoda makaronu. Z drugiej strony, przynajmniej ktoś będzie się cieszył, że wróciłam do domu. Mam nadzieję, że nie zastanę żadnych więcej zniszczeń i pogryzionych kapci.

Mężczyzna z efektem "wow!" czasem wpada na śniadanie. Uroczo, bez mrugnięcia okiem, dogadza mi, jakkolwiek skomplikowane by te moje śniadaniowe zachcianki nie były. Zużywa przy tym nieograniczoną ilość naczyń. Znaczy zużywałby, gdybym miała więcej niż sześć talerzy i osiemnaście sztućców. Widać, że całkiem wbrew sobie zamyka się w tej puli.

To urocze. Fascynujące. Oszalałam, kiedy to odkryłam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz