wtorek, 1 października 2013

od podszewki...



Szczęśliwie i stosunkowo szybko dotarłam do włości-na-końcu-świata. Wszystko byłoby po prostu super, zwłaszcza po wieczorze z Julią, gdyby nie tępy ból w mózgu o 6 rano. 

Naprawdę nie wiem od czego, jakieś złe powietrze tu musi być. Albo wspólnie wypity alkohol, chociaż nie wierzę w takie rzeczy. Nieodpowiedni klimat, zbyt świeżo i za daleko od miasta. O to to. 

Odkryłam za to w tych włościach ciekawą przypadłość. W moich też to jest. Wszechobecna koszykowość. Nie ma tu ani jednej rzeczy, która leżałaby luzem, poza koszem, pudełkiem, koszykiem, a nawet jeśli leży, widać że nie dane jej będzie długo zaznać takiej wolności. Jest też bardzo zdrowy syndrom „nie ma tu mężczyzny, na co dzień, jej, jak mi dobrze”. Ten syndrom znam od podszewki. 

A właśnie. Ten ponoć mężczyzna mojego życia dzwonić miał. Szczęśliwie nie dysponuję tutaj ani kreską zasięgu, dlatego wakacje spędzę... szczęśliwie. Spokojnie. Słodko. 

Jestem w raju. Chcę tu umrzeć i zakopać się w ogródku.
 

1 komentarz:

  1. no to będzie grób zbiorowy, bo w ogródku pochowany jest już Bazylek :) i kto wie, kto jeszcze.

    OdpowiedzUsuń