sobota, 12 października 2013

bogu ducha winny...

Tak sobie myślę, że te wszystkie ucieczki na koniec świata, które stosuję nagminnie i odruchowo też mają jakiś sens.

Tfu! Żadnego sensu nie mają, bo sensu nie ma nic. Albo wszystko. Albo ma. Albo nie. Upajam się tymi wszystkimi teoriami. I słowami, bo właśnie one mają moc.

Moc ma też przyzwyczajenie i przywiązanie, chociaż niech je szlag. Bo budzi się człowiek nad ranem i sięga po kawę i wyjmuje mleko z lodówki, a raczej próbuje, a tam mleka nie ma. I ciężko stwierdzić, kto jest za to odpowiedzialny.

W ręku się nóż otwiera, podejrzenia nieuzasadnione padają na prawo i lewo i na posadzkę. I przypuszczenia i pytania pomocnicze. Czy to byłam ja czy bogu ducha winny mężczyzna, który kawę z mlekiem też pija? Pija bo lubi. Bo nikt mu nigdy niczego tu nie zabrania. Bo dlaczego ktoś miałby?

Przyzwyczajenie głupia rzecz, pretensje też. Dopiero dwa dni później zrozumiałam, że dwadzieścia metrów od włości krowy są.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz