środa, 27 lutego 2013

nic a nic...

W zasadzie od tygodnia prawie jestem w mieście. Dziwnie się czuję, ale wiejskie klimaty są wyjątkowo nie sprzyjające niczemu.

Nie sprzyjają radości, nie sprzyjają prędkości, nie sprzyjające są te okoliczności. Jakoś tak lepiej się czuje wielkomiejsko akurat. Ze wszystkimi miejskimi przywilejami, z szybkim internetem i z szybkimi decyzjami, z ludźmi dookoła i z gwarem miejskim, z możliwościami na więcej, na już, na wczoraj i z kolubryną brykającą w okolicach setki.

Mnie po prostu chyba się w głowie przewraca od jakiejś tam stagnacji i zawziętego nienaruszonego spokoju. W to się akuratnie wpisuje mężczyzna z efektem "wow!", ale czemu, tego on sam pewnie nawet nie wie.

Swoją drogą czas leci, zegar tyka, tik tak, tik tak, a pewne rzeczy się zmienić nie chcą. Jak się nie zmienią to się zmienią priorytety pewnie i inne okoliczności przyrody, a czasu jest coraz mniej, a i ja nigdy cierpliwością nie grzeszyłam za bardzo.

Co tam cierpliwość, o wstrzemięźliwości i umiarkowaniu też chyba nic nie wiem. I o ograniczeniach prędkości. Nic a nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz