poniedziałek, 4 listopada 2013

owce na ścianach...

Jestem trochę do tyłu o wszelkie prace, różne, kwadratowe i podłużne, w głowie zaległe. Ale mam na to dobre wytłumaczenie, swój własny osobisty wyjątkowy stan.

A we włościach remonty! Ściany się malują, owce na ścianach wieszają, nasze i Harpaganów zdjęcia wypełniają puste i jasne przestrzenie. W zasadzie jestem dumna z kobiet w mojej rodzinie, co się nigdy wiertarką nie brzydziły. Ja też się nie brzydzę, po prostu nigdy jej nie opanowałam.

W jakimś zaćmieniu ogólnoumysłowym przygarnęłam nawet żywe stworzenie do domu. To będzie dobry trening, dla mnie, na ten czas. Wprawdzie inne rośliny w moim życiu, zawsze prędzej czy później odchodziły, ale ta może nigdzie sobie nie pójdzie.

A nawet jeśli odejdzie w jak-zwykle-okolicznościach (przeciągła susza - tropikalny szkwał - pustynna burza - szklanka pełna wody - pieprz... i tak naprzemiennie) to będzie tylko świadczyć o nieprzystosowaniu.

Jej (i ogólnie roślin) do mnie. Ja tam się do nich dostosowuję, przynajmniej od czasu do czasu się staram. A one nigdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz