czwartek, 21 marca 2013

bez kilogramów słodyczy...

Biorąc pod uwagę, że za oknem wciąż się nic nie zmieniło przez ostatnie dwa tygodnie i moją wenę też szlag trafił, można by pomyśleć, że coś jednak na tej wsi mi nie wyszło.

A jednak wyszło. Ustabilizowałam się trochę. Nie finansowo, oczywiście, że nie. Taką stabilizację przewiduję tylko w wyniku zawarcia wyjątkowo korzystnego mariażu. A jak wiadomo związkom małżeńskim nie mówię "nie". Mówię im "nigdy!".

W międzyczasie więc przeżyłam sobie co najmniej jedno załamanie nerwowe, którego świat na szczęście nie dostrzegł. Bo w ogóle postanowiłam się załamywać po cichu i bez ekscesów. Bez kilogramów słodyczy i hektolitrów alkoholu jako remedium na wszystkie bolączki świata.

Co ciekawe wcale tych bolączek nie jest w moim życiu tak wiele. Ot, jedna czy dwie. Ale czekolada sprawia, że rosną one do rozmiarów przeciętnie wyrośniętej żyrafy. Albo to może alkohol to sprawia.

W każdym razie nie jestem pewna co spożywają żyrafy, że osiągają taki zabójczy wzrost.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz