żadnej...

 Jak sarna w młodniku zwinęłam się w kłębek do snu. Urocze to jest. Że nie broczę już krwią, a Ty ze mną. Wychodzisz nawet nocą ciemną. Na łosie.

  Zamknęłam już drzwi do innych światów, szczególnie do takich, w których nie ma i nie było Ciebie. Były w nich lisy, dziki, jelenie. Były w nich gorzkie dni i nieprzespane noce, liście rozwiane przez jesienny wiatr na nieoświetlonej ulicy. Łzy, co się lały bez sensu czasem strumieniami. I nawet w bucie jeden mały kamyk. Był świat, co uwierał i był taki, co bawił. I szczęścia ślady na ciele zostawił.

 Życie miało sens i nie miało go nigdy jednocześnie. Odkryłam to już dawno, być może za wcześnie. I na pomoście metafizycznym kiedyś słowa o całym tym bezsensie skleiłam. Czy wiedziałam, co mówię? Całkiem młoda wtedy byłam. A nie, ciągle jestem, nie zestarzałam się ani na jotę. Ciągle na życie miewam ochotę.

 Ale kiedyś się bałam, raz po raz uciekałam, nie chciałam czuć, nie byłam prawdziwa. Chciałam to życie przeżyć, ale nie przeżywać. Jednak na przekór sobie wciąż szłam, biegłam i przebijałam głową mury. Jak taran. Jak lanoliną zmechacony baran.

 A teraz Ty mi mówisz, że nikt tak nie chłonie świata, nikt go też w ten sposób nie czuje. Żadna blondynka z obłędem w oczach Cię tak nie poruszyła nigdy. Ale i żadnej nie wyjmowałeś wcześniej z ręki brzytwy.

 Gdy skracała sobie w lustrze grzywkę. Blond. Obłęd w oczach. I ostrze. Wiesz, ja to Ci w sumie wcale nie zazdroszczę.


P.S. Lepiej się czyta z tym w tle. Bo czasem żyję za bardzo, a czasem żyję źle: https://music.youtube.com/watch?v=UxuVz9GOewk&si=8RV9oB5bCaosH0of

 

 

 

 






Komentarze

Popularne posty