tak...

 Śnieg opatulił las kompletnie. Puszystą warstwą okrył każdy cal przestrzeni. I zamordował we mnie strach. Znaczy. Okej. Tak.

 Poprzednim razem byłam martwa, ale liczyłam na jakiś przebłysk życia, cud. I nawet w takim stanie nie byłam skłonna całkiem poddać się. Bo jak to? Bo przeciez nie było aż tak źle? A kto tu zawsze naginał rzeczywistość do granic możliwości? I zwykł się stawiać do pionu, na przekór? Zwyczajnie. Po złości.

 Nosiłam na rękach brzemię, ale nie strach, nie upór i nie cierpienie. A rdzeń osadzony mam w ciele głęboko. Pomiędzy szpikiem a kością, na oko. Pomiędzy więzadłami a tkanką tłuszczową. Na skórze gładkiej też, chociaż z bliznami. I Ty już wiesz, chociaż inni nie. Ale to tak, słuchaj. Totalnie między nami.

Nieskończony wkurw. Nie zbyt łaskawe spojrzenie. Wymalowaną tuszem na rzęsach kpinę. Usta ubrane w czerwoną szminkę. Na końcu języka jakieś słowo. Złe. I martwe coś pod tym śniegiem. Chaos, co niszczy, co z pustym krzykiem po lesie niesie się. Wzdłuż. I wszerz.

 A Ty? Wciąż tu jesteś. Z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. To musi być miłośc, no bo co? Nie całkiem czyste zło?

 P.S. Lepiej się czyta z tym w tle. Może nie? https://music.youtube.com/watch?v=8-pevGcbu6E&feature=share

  

 

Komentarze

Popularne posty