ostatnia...

 Pamiętam jeszcze, jak się nieśmiało w Ciebie wpatrywałam. A potem tknęłam Cię ramieniem raz czy dwa. Bo nagle byłam już tak jakby trochę Twoja. I jakaś taka. Nie dzika. Oswojona.

 Choć dzikość w sercu zawsze nosiłam, śmiech na ramieniu, a w nerce ze strachu kamienie. Choć moje imię to przecież dosłownie wojny brzmienie. Choć obłęd mam w oczach i bywam nie do opanowania. Ty patrzysz na mnie i myślisz moja. I myślisz sarna.

 W lesie mnie szukasz zawsze, tak jak za pierwszym razem. Gdy pod omszałym leżałam sobie głazem. I przeżuwając trawę nie spodziewałam się niczego. Ani dobrego, ani złego. Żadnych uniesień, cudów, żadnych wrażeń. Przyspieszonego tętna i gorącego oddechu na skórze. Co byłoby przecież wbrew mojej naturze. Ale też dobrze znaną mi intensywnością.

 Tymczasem jestem błogością. Zezwierzęconą miękkością. Epatuję nagością. Odsłaniam kolejne ciemne zakamarki. Moje, Twoje, nasze. Ale się nie łaszę, nie muszę, nie duszę już niczym. Kiedyś się krztusiłam, teraz biorę wdech. Nagle się poddaję, choć przecież zawsze walczyłam. Ale nigdy tak naprawdę nie byłam taka. Jaka? Czyjaś?

 I wiesz, jakoś tak nie żałuję. Czasem, że nie byłam tą pierwszą, ale tamta już jest stratna. A ja będę i jestem. Już teraz ostatnia.


P.S. Lepiej sie czyta z tym w tle. Dlaczego? Nie wiem: https://music.youtube.com/watch?v=DQ2OTzgQbKg&feature=share

Komentarze

Popularne posty