na strzępy...

 Śnieżyca dziś porwała wszystkie moje smutki. Na strzępy. W kuchni znów rozsypane mąka, cukier, bakalie. A na stole otręby.

 Koty się przeciągają jak zwykle leniwie. Za płoty coraz rzadziej wychodzą. Wróciły z podkulonym ogonem na włości, gdzie rządzi pani, niezmiennie od lat. Na tych ziemiach cztery lata zaraz, czasu też już niezły szmat. Nawet marzył mi się swego czasu tu mężczyzna, co drewno przeniesie, samochód umyje, opony zmieni i zdejmie trochę ciężaru z głowy, z duszy czy z barków.

 Bez żadnych kwiatów, drogich podarków. Tylko, żeby kawę ze mną rano pił i chodził tropić łosie. Nie denerwował, gdy oddycha, nie mrugał za głośno oczami. I szczerość miał wypisaną pozłacanymi literami pod przymrużonymi powiekami. Chciałam by do mnie pisał nieustająco, złożony był, jak i ja, do bólu ze słów. I uwodził prozą, wierszem albo każdym swoim najdurniejszym tekstem. Znów ja przekonana byłam święcie, że nikogo takiego nie znajdę już nigdy. I nie że w lesie. Na świecie.

 Nie szukałam więc, ale się znalazł. Przyszedł, pojawił się i w sobie rozkochał. Zbudował jakąś cząstkę we mnie. Zupełnie. Od nowa. I jeśli miałabym być teraz tak naprawdę szczera, to nie wierzyłam, że zdarzy mi się taka miłość. Prawdziwa. Z Tindera. Ta historia się nie kończy i nie będzie, wiem to, wierzę, miała zakończenia. I o czym to ja? A!

 O blondynce z rozwianą blond grzywką, co urzekła mężczyznę całą swoją mocą. Bo to koty za płoty rozochocone są nocą.


P.S. Lepiej się czyta z tym tle: https://music.youtube.com/watch?v=JUt71LPA-qI&si=hzgzMMhUaovRtayE

 


 

Komentarze

Popularne posty