poniedziałek, 1 grudnia 2014

w pewnych okolicznościach...

Pani mi dała kilka dni na regenerację, bo kulałam okrutnie i krwawiłam na jej oczach naprawdę spektakularnie. W związku z tym z robót podwórkowych na siedemdziesiąt dwie godziny zostałam zwolniona.

Czas ochronny jednak minął, a że na mnie się goi jak na psie z powrotem do porządkowania krajobrazu wróciłyśmy. Po pierwsze w krajobrazie nie bardzo odnajduje się kolubryna, zwłaszcza od nawietrznej, to znaczy rzęzi i nie mruczy, kiedy odpala. Na szczęście w stajni dla niej miejsce jeszcze jakieś jest. Plus, minus dwa centymetry, okaże się jak już nią wjadę.

Doczekałyśmy się również koncertu numer dwa. Ci sami panowie, inne instrumenta i cała intryga, przez którą Pani się upiła, ja ze śmiechu padłam, a pół wsi się obruszyło, bo jak to tak, że grają tylko dla nas. W każdym razie miejscowych mamy na razie z głowy, nie lubią nas. Większość z nich.

Nie przejmujemy się tym wcale i dalej swoje robimy, po nocach drewno znosimy, na gwoździe uważamy, no przynajmniej ja. Za rąbanie po zmroku też już się nie biorę. Jakieś czarne myśli w związku z tym mam. I zidentyfikowane obawy.

A Zu na co dzień się wymraża na dworze, rękawiczki zrzuca, bucikami gardzi i wciąż zachowuje pełną ciepłotę ciała. Zupełnie inaczej niż mama i tata, no chociaż oni też potrafią. W pewnych okolicznościach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz