wtorek, 30 grudnia 2014

tak się zdarza...

Wsiadłam wczoraj do merca, który po pięciu sekundach zgasł. To była pierwsza z ciągu przypadłości, która się w trasie stać musiała. Wiadomo.

Potem było tylko lepiej. Przyczepa doczepiona na haku wyjechać ze śniegu nie chciała. Później w trasie piszczała. Następnie skończyła się wacha. Tylko siedemset metrów przed stacją benzynową. To cud jakiś i zrządzenie losu, bo zwykła się zwykle kończyć wcześniej. Kilometrów parę.

No jakieś szczęście z mężczyzną z efektem "wow!" mieliśmy. I Harpagana jednym ciągiem dowieźliśmy. Wbrew przeciwnościom losu udało się dziewięćset kilometrów bez szwanku pokonać, mission prawie impossible, ale czemu by nie. Chociaż raz.

W okolicy Nieba rozglądałam się łapczywie i wiatr w nozdrza łapałam, słuchy nastawiałam, wbrew sobie, a może właśnie tym bardziej, bo spotkać się z kimś chciałam. Tym razem się nie udało, tak czasem bywa, tak się zdarza.

Tymczasem spać nie mogę, rekordy biję, myślę sobie, tęsknię sobie, spędzić ten rok chyba już do końca na jawie planuję. Za to wiem, co następny przyniesie. Zmiany!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz