zwierzyna...

 Na granicy absurdu zostawiam ślady. I przemykam dalej boso. Pomiędzy porzuconymi kłodami, przemokniętymi trawami, pomiędzy młodnikiem a knieją. 

 Gdzie rzeczy się zwyczajnie dzieją. Ty byłeś tam, patrzyłeś jak znikam. Jak rozpływam się miękko we mgle. Przestaję być cieniem i staję się tylko niewyraźnym konturem. Na tle lasu, w którym przepadłam. Nie raz. Nie dwa. Jak nieokiełznana i dzika zwierzyna.

 Nie pytaj czemu, dlaczego czasem odchodzę. Ważne, że zawsze stamtąd wracam. Zanurzona w oparach niedorzeczności, z rzeczywistości żarty sobie stroję. Ale gdy nie hasam, twardo na tym świecie stąpam. Czasem nawet stoję.

 Derealizacja? Ja się nią staję. Jak stado wiecznie znerwicowanych saren. Gdy przemykam z obłędem w oczach, jak jedna z nich. Spłoszona. Między drzewami. W las. Has has has. 

 Zakochałeś się w sarnie. Kto mógł wiedzieć, przecież nie ja. Najwidoczniej miałeś mi się zdarzyć. Umysł przetrzebić a serce sparzyć. Trwać.


P.S. Lepiej się czyta z tym w tle. Nie rozumiejąc zbyt wiele. Nie rozumiejąc słów:

https://music.youtube.com/watch?v=q0QPqLP8aXw&si=P9cR9oR6ap2YJPXf

Komentarze

Popularne posty