na ćwiartki...

 Na początku było słowo. A na końcu płacz. Dlatego ja ważę słowa, serwuję je z namaszczeniem. Ostatnie, co chciałabym sprawić to niepotrzebne nikomu cierpienie.

 Ja naprawdę nie muszę ranić, nie muszę też nosić znowu czyichś ciężarów na barkach. Niech żadna historia nie będzie już nigdy zbyt ciężka. Jak kowadło, jak sztanga. A przecież co wypowiedziane, nie może być już cofnięte czy skasowane. Dlatego zostanie. Na zawsze. Jak obraz w mojej głowie, który kłuje, nożem tnie na ćwiartki duszę. To boli, to rwie. To pali. I być może to była świetna historia, ale ja już taką raz slyszałam. Drugi raz się nie skuszę.

 Wiesz, mam wyobraźnię żywą. Kolorową. Taką, co krzywdę zrobi nawet tym najniewinniejszym słowom. Taką, co zbuduje narrację, wyświetli obraz, poprawi dźwięk, zanimuje nawet film. W nadrobniejszych szczegółach, czyjś wzrok, muśnięcie dłoni, złapanie za nerkę. W dłoni dłoń, czyż nie chodziliśmy tak samo za rękę? I tak, to w końcu minie, zniknie, wszystko się jakoś zagoi. Ale kto mnie wtedy ukoi. Czy aby na pewno czas?

 Nie chcę wypływać na te wody, nie chcę opuszczać tej zatoki, gdzie jeszcze czuję się bezpiecznie. Na ten moment i w tej chwili. Nie chcę, żebyśmy się w domysłach jakichś wzajemnie gubili. Chcę szczerości bez przeszłości. I bez zbędnego balastu.

 I chłonę żal, to umiem, nie mogę tylko radości. Tych obcych gości we wszystkich story. Bo z nimi mój mózg nie będzie się mierzył, nie będzie z nimi stroił. Będzie się za to z nimi długo, dobitnie... 


P.S. Lepiej sie czyta z tym w tle. I wanna sing, I wanna shout. Ale teraz koniec, out.

https://music.youtube.com/watch?v=CzeoQaLD9RI&si=6cBa9LHyuzJcjlnd

 

 

 

Komentarze

Popularne posty