poniedziałek, 23 lutego 2015

och, potrafię...

Latamy my i szukamy, domu znowu szukamy. Znaczy ja nie latam, ale łaskawie i z błyskiem w oku, kreską na oku i uśmiechem, oglądam wszystko, co mężczyzna z efektem "wow!" reklamuje jako "to!".

Latałabym nawet szybciej, ale jak po roztopach poleciałyśmy z kolubryną sto pięćdziesiąt po pięknej prostej, to w zakręt wchodziłam już bez "mru, mru". Znaczy zgasła. Znaczy też, że mechanik nasz znów będzie miał zabawę. I spotkany dziś w aptece środki na uspokojenie kupował, mam nadzieję, że nie przeze mnie. Przecież nie krzyczałam.

Krzyczeć zapewne sobie pokrzyczę, ale to w końcu w pracy jakoś. Bo na mężczyźnie z efektem "wow!" wyżywać też mi się nie chce. On i bez tego ma ciężkie życie. Umilam je jak potrafię. I potrafię. Och, potrafię!

Harpagan za to wykręca piruety. No na razie pół i w stępie. Ale ja siedzę prosto. To właśnie mamy wciąż robić. Kręcić się w kółko. Powoli. I procentować.

Zuz za to ma nowe moce (raczkuje!) i plan niemowlęcy wykonuje na miesiąc lub dwa do przodu. Bez stresu, bez trenera... Po nas mieć tego chyba nie powinna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz