hosanna...
U Tokarczuk sarny, koty zaś w Bukowskim. Koontz'a z łasicami fantastyczną scenę. Chciałabym jak oni szeleścić papierem.
Marzę by strunami obcych dusz poruszać, serc złamanych wzbudzać bicie. Czytana być nocą. Recytowana o świcie. W trzecim rzędzie stanąć za Plath lub Asnykiem. W górach stracić głowę z Przerwą - Tetmajerem. Za Stachurą nosić tę starą siekierę.
I by kiedyś komuś odebrało mowę na ten rytm czy tamten. Słowom się przyglądać, by je plątać w tandem. Lubię mimochodem. Ot, przypadkiem.
Jak zwykle, jak zawsze. I czasem jak nigdy. To miłość jest sianem pachnąca i w stóg wbite widły. To żar jest płomieni i gwiazda poranna. I chórem w niedzielę śpiewana hosanna.
Na wysokościach.
Na haju w maju, w grudniu o zmierzchu. Układam słowa, zanurzam w deszczu. Rozrzucam luzem pomiędzy drzewami.
By galopować mogły z sarnami.
P.S. Lepiej się czyta z tym w tle:
https://music.youtube.com/watch?v=C0Z_TMCB3Bc&si=qhFHfgjAlLBDoBvL
Komentarze
Prześlij komentarz