blond grzywką...
Przez dwa tygodnie żyłam poza granicami lasu. Uśmiechałam się pomiędzy palmami, promienie słońca łapałam zziębniętymi palcami. Chowałam na wszelki w kieszeni. Na zaś.
Bo nie do końca wiedziałam, co czeka mnie po powrocie. A przecież wrócić musiałam. Chociaż gdyby ktoś mnie pytał, jutro znów bym wyjeżdżała. Nie rozpakowałam jeszcze walizki. I nie zamierzam.
Gdy jestem w ruchu trwam w szaleńczym życia podmuchu i dealuję z własnym obłędem. W oczach. Blond grzywką na raz w górę, a na dwa w dół potrząsam. Macham. I przestaję mieć wątpliwości, znam nagle odpowiedzi, choć nie padały żadne pytania. A co Pani znowu taka dziś narwana? Dzisiaj? Toć zawsze jestem.
Ale wiesz, tego się nie zapomina. Jak smakuje, jak pachnie i czym rozbrzmiewa flow. On patrzy w oczy, całuje, muska dłoń. Poprawia swoją grzywę, prowadzi w ciemną noc. I mruczy cicho, szepcze głośno, chodź tu ze mną. Ze mną. Bądź.
Czy Pani jest tu sama? Nigdy w życiu, skąd? Czy Pani musi być narwana? Ja? To ziemia znowu drży, jak wiele razy już zadrżała mi. Z Panem.
P.S. Lepiej się czyta z tym w tle. Z kimś, kto Cię codziennie wybierać chce:
https://music.youtube.com/watch?v=Ov2O2Oqyrus&si=0lAhNpkaqOrkZhJO
Komentarze
Prześlij komentarz