sobota, 3 września 2016

istniałam...

Czasem lubię butelkę rumu przytargać do domu, zmrozić ją i schłodzić sok, wymieszać bez kostek lodu, bo nimi nigdy znienacka nie dysponuję. A pomysł ten zawsze znikąd przychodzi mi do głowy. I ponoć picie rumu nie czyni mnie alkoholikiem, tylko piratem, fajnie!

No i rumem nigdy nie upijam się na smutno, zawsze na wesoło. A więc co by się nie działo, a przecież zawsze coś się dzieje, rum po prostu jest dobrym pomysłem. I nigdy nie piję go sama. Zawsze z Kubusiem. Z tym sokiem dla dzieci. A jak Kubusia nie wypiję do końca, to Zu też ma następnego dnia z tego pożytek.

Nie robiłam dzisiaj nic, oprócz tego, że robiłam się na bóstwo cały dzień. Ale nie zajęło mi to zbyt wiele czasu, bo wciąż jestem przecież w genialnej formie i na wygląd wcale nie narzekam. W sumie to nie wiem, co robiłam przez resztę dnia.

Ot przeleciał mi ten dzień między palcami, a ja pierwszy raz od dawna nie mam poczucia, że nie zrobiłam nic. Odpoczywałam. Na śniadanie jadłam kebaba, na kolację pizzę. A co, mogę i tak jesienią wszystko spalę. A przynajmniej nie gotowałam.

I nie prałam i nie sprzątałam. Chyba ze trzy godziny nawet spałam, wtedy kiedy Zu spała. Dzisiaj chyba po prostu istniałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz