piątek, 27 stycznia 2017

więcej niż trochę...

Zima była w tym roku dla mnie łaskawa. Albo, no cóż, ciągle jest. I jest ładnie. Jest biało. A jednocześnie różowo i kolorowo.

I chociaż codziennie w oparach smogu do pracy przebijam się jak przez mgłę. Jest dobrze. I chociaż rano nie mogę wstać, to w nocy zasypiam jak dziecko. Jest nieźle. I śpię i śnię. O wiośnie śnię, wiadomo. O dłuższych dniach i łatwych porankach.

Ale pierwszy miesiąc nowego roku udał mi się nadzwyczajnie. W głowie mi ucichło, w stajni zrobiło się ciepło i błogo mi się siano po całym ciele rozlało. Czas jak zwykle się do mnie dopasowuje, nie ma go za wiele, ale też nie jest go zbyt mało. Jest go dokładnie w sam raz. Albo, no, nie istnieje.

Harpagan pierwsze w życiu podejście do lewady zrobił. Mężczyzna z efektem "wow!" kolejne do złamania nogi. Zu przymierzyła się do roweru. I do hulajnogi. O! i do konia. I o matko, wszyscy żyją. Jeszcze.

A ja jestem w środku tego huraganu. Zwijam się pod kocem i nastawiam kawę. I popijam kawą magiczną tabletkę, która zwie się życie.* 

*takie więcej niż trochę szalone

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz